Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Filip, dajże pokój! Nie bierz za złe żartu! Wiész przecie, żem ci zawsze szczerze życzliwa. Ot, usiądź, zapal papierosa i pogawędź swobodnie. Co ci się za krzywda stała, bracie?
Udobruchany, usłuchał wezwania. Chwilę milczał, patrząc w ziemię; wreszcie rzekł:
— Wiész, zanadto byłem szczęśliwy; widocznie w upojeniu nie czułem długi czas nawet życia. Teraz jakbym się obudził: i strach mam przed przyszłością, i żal za snem!
— No, to naturalne. W ekstazie nie sposób życia przeżyć. Los daje i daje: złe, dobre, szczęście, niedolę, łzy, uśmiechy, i daléj się o to nie troszczy. Ale ma urzędnika, który te dary spisuje i ze ścisłością starego rutynisty zjawia się do ciebie o pokwitowanie z odbioru i o należny mu podatek. Urzędnik nazywa się doczesność. Ten ci to do drzwi twych zakołatał. Cóż chcesz? człowiekiem jesteś, on twoim tutaj rządcą. Żeś nie rad, to też naturalne. Nikt jeszcze od początku świata nie był rad i wdzięczny — poborcy.
— Co teraz będzie? — spytał zniechęconym głosem.
— Teraz powinieneś szczęście swoje sprowadzić na ziemię i uregulować wedle społecznych wymagań. Czyś z nią mówił o przyszłości?
— Mieliśmy z wiosną wyjechać za granicę.
— I tam co? Podać o rozwód?