Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rada, gdy się mnie pozbyła, i pewnie się nie skarżyła O, żeby ona była inną, nie straciłaby mnie!
— Być może. Ale ty, znając swoją naturę, powinieneś był szukać innéj. Teraz wyglądasz fatalnie i żyjesz, nie zdrowiem, ale podnieceniem nerwów. Źle skończysz; to pewna! Ale cóż robić? Tego, co ci zalecę, nie spełnisz, ani nie uwierzysz w to, co ci z doświadczenia powiem. Jaka to szkoda, że człowiek nie pierwéj nabiera rozumu, aż sam sobie przyzna, że był głupi! No, lada dzień się o tém przekonasz. Oto masz pieniądze. Fink i Sylwester obłowili się na tobie; ale toć zawsze tak: Vae victis!
— Czy żona moja nie poleciła panu załatwienia ze mną pewnych rachunków?
— Nie. Żadnych pretensyj nie rości ani do ciebie, ani do twego funduszu.
— Pan raczy jéj oznajmić, że w razie chęci otrzymania rozwodu, z mojéj strony na opór nie trafi.
— Wątpię, czy jéj co na tém zależy i czy będzie miała chęć do powtórzenia sakramentu małżeństwa.
Doktor widocznie powiedział wszystko, co mu leżało na sercu, bo odpowiadał już z roztargnieniem, co chwila na zegar spoglądając.
Filip przeliczył pieniądze, kwit wypisał i wstał, aby się pożegnać.
Miał przykre wrażenie, że doktor może mu nie podać ręki: więc się tylko zdaleka ukłonił i wyszedł, pełen niesmaku i jakby po porażce zawstydzony.