Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/299

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Udał się na obiad do restauracyi i tam, naturalnie, spotkał Sylwestra.
Ucieszyli się wzajemnie i przywitali serdecznie.
— Figlarz z ciebie, figlarz — groził mu stary, mrugając filuternie i pobłażliwie zarazem.
— Cóż tu piorunują bardzo na mnie? — odparł Osiecki, rad, że przecie nie trafił na morały.
— A no pewnie! — rozłożył ręce Sylwester. — Dużo jest tych, co zazdroszczą, więc krytykują. Ale, co gorsza, inni dowodzą, że cię baronowa spłucze i wróci do męża! Jakże? nie słychać tam nic o nim?
— Lada dzień na rozwód się zgodzi.
— Cóż z tego! Zapóźno!
— Jakto! Sądzę, że i moja żona mnie uwolni! Gdzie ona bawi?
— Różnie mówią. Jedni, że krąży incognito po Włoszech za tobą, drudzy, że podróżuje z Oryżem, trzeci, że gdzieś odbywa rekollekcye. Niéma jéj tutaj, to fakt:
— Szkoda, rozmówiłbym się ostatecznie.
— Długo zabawisz?
— Do wieczora.
— Tak ci pilno?
— Do szczęścia zawsze pilno. Gdzież radczyni?
— Wyjechała do Sokolina. Ta się pewnie o córkę nie upomni: bądź spokojny.
— Tak dalece, że na listy nawet nie raczy odpowiadać.