Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Teściowa wygodna, ani słowa! Tylko nie żądajcie od niéj pieniędzy — zaśmiał się Sylwester.
— Podobna do mojéj żony: wygodna, tylko nie żądajcie od niéj miłości! — odparł Filip.
— Taak? A no, to się nawet nie dziwię. Mój drogi, ja miałem rozum, żem się nie dał złapać na sakrament. Osiecka, która ciebie oczerniła, jak kominiarza, o tém nie raczyła wspomnieć! To tak?...
I kiwał głową z porozumieniem.
Filip, podniecony sympatyą, rozgadał się o swojém szczęściu obecném i niedoli poprzedniego pożycia, a Sylwester, z wprawą plotkarza, dobywał z niego coraz nowe zwierzenia.
Gdy się rozeszli, wrażenie rozmowy z Malickim było najzupełniéj zatarte i Filip miał przekonanie, że postąpił logicznie, naturalnie i prawnie, i że Sylwester był najrozsądniejszym człowiekiem w Krakowie.
Jednakże dzień ten wydał mu się nieznośnie długim a miasto pustem. Zaledwie doczekał wieczora i odetchnął z ulgą w wagonie.
Teraz pędź, goń — do szczęścia!...
W Monte Carlo stanął o południu. Udał się wprost do mieszkania, serce mu biło, promieniała twarz. Mieszkanie zastał zamkniętem. Nie obudziło to w nim żadnych podejrzeń. Gdy nie ujrzał jéj na dworcu, myślał, że zaspała; gdy drzwi zastał zamknięte, nie stukał nawet długo, ale zbiegł na dół