Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sztuką się zajmują. I cośmy słyszały? Dla Finka jest ona interesem pieniężnym, dla Sylwestra sposobem odznaczenia się i zadowoleniem próżności, dla Stacha Malickiego rzemiosłem, dla Filipa kokieteryą i zabawką. I to są ci, co krytykują, kupują i tworzą! I po co się dziwić, że teraźniejsi mistrze noszą w sobie wieczny niepokój, nieustanne szukanie czegoś, niezadowolenie z siebie! Oni szukają tego, co stracili na wieki... ideału. Sztuka, znudzona ciągłem kupczeniem sobą, zostawiła im to, co teraz popłaca... technikę, a zabrała to, na co niema pokupu... ducha! Jaka wiara, taka ofiara! Jaka myśl, taki czyn! O, Malicki mądrze mówił i bardzom mu wdzięczna za zdrowe słowo.
Wzdrygnęła się i dodała z oburzeniem:
— Nigdy mi jeszcze tak smutno i pusto nie było, jak wśród nich dzisiaj. I to oni będą kierowali Filipem! On ich wybrał. Chodzi mu więc tylko o reklamę.
— A ta baronowa! — wybuchnęła Osiecka. — Czyś ślepa, czy mnie chcesz oszukać, że jéj bronisz? On się mieni, gdy o niéj mowa.
Magda milczała. W tej chwili nawet to ją mniéj bolało, niż sponiewieranie sztuki.
— Czy prędko skończysz portret? Bo ja na tę kobietę nie chcę patrzéć.
— Ostatnie dziś było posiedzenie. Za tydzień portret będzie na wystawie.