Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszyscy wstali, trochę ociężali po winie. Fink zapalił cygaro i, gdy doktor wyszedł, rzekł:
— Stary robi się trochę manijakiem. Narzeka, a pieniądze gładko bierze. Rachują go na okrągłe trzykroć, i kamienica czysta.
— Chodźmy! — szepnęła Magda do siostry.
Gdy się znalazły na ulicy i w powozie, majorowa westchnęła głęboko.
— Nie podoba mi się Filip! — rzekła smutno. — Źle zaczyna. Zbytek i dogadzanie sobie czyni człowieka egoistą i próżniakiem. Uważałaś ty: on o niczem nie marzy. Na nim znać już przesyt i nudę. On inny, nie nasz dawny, a taki obcy, że ja już nie śmiem do niego po swojemu zagadać. Malicki miał racyę. On się powinien ożenić.
Magda potrząsnęła głową.
— Samaś mówiła niedawno, że sztuka to kapłaństwo bezżenne.
— Mówiłam o tobie. On nie będzie artystą.
— Musi być, inaczej się wykolei i zginie. On właśnie, ze swą wrażliwą, miękką naturą, musi sztuki się trzymać. Tylko ci ludzie, co z nim są, to źli towarzysze!
Powóz stanął. Wysiadły i weszły do mieszkania. Magda stanęła w oknie i, nie przerywając myśli, mówiła poważnie:
— Malicki ma racyę. Wszystko jest chore. Byłyśmy przecie między ludźmi, którzy bądź co bądź