Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wyszła do pracowni, rada pomilczéć. Powoli dzień się kończył i stało się już tak cicho, że słychać było wieczorne rozhowory wróbli po rynnach. Magda położyła się na szeslongu i zaczęła duchową z sobą rozmowę.
Rozstrojona była i zbuntowana na życie. Co się stało? Czego? Przecie to, co jest dzisiaj, było wczoraj i będzie jutro. Myślała, że jest w zgodzie ze światem i ludźmi, miała się za dojrzałą i szczęśliwą. Dziś drażniło ją wszystko, a przedewszystkiem punkt widzenia ludzi.
Fink inteligentny był, słuchał Malickiego, a gdy ten wyszedł, szacował, nie jego, lecz kamienicę. Sylwester, wzdychający do niéj, oburzał się na samą myśl, że Oryż może czynić podobnież. Filip wysilał się, by zaimponować zbytkiem, a nie dbał o talent.
A ona sama? Dlaczego się gniewała i oburzała? Czy téż nie spaczył się jéj sąd i punkt widzenia? Wpół leżąc, z przymkniętemi oczyma, nie zauważyła, że portyera rozchyliła się i do pracowni wszedł Oryż. Stanął w progu, popatrzył na nią. Przez chwilę rysy jego wypiękniały wielkiem rozradowaniem; potém znowu przybrały niedbałą i cyniczną maskę, i zaczął nucić przez zęby oberka.
Magda się obejrzała, ale nie rzekła nic. Zwykle nie witali się, ani żegnali; uważała go za domownika.