Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I Oryż się nie odezwał. Pokręcił się po pracowni, obejrzał portret i szkic „Kultu,“ przeszukał, czy niema czego nowego, a potém usiadł u okna, dobył gazetę z kieszeni i czytał, nie przestając nucić.
Może z godzinę nie odezwali się do siebie. Zmrok zupełnie zapadł. Magda się uspokoiła i zaczęła snuć jakieś marzenia.
Cicho Oryż wstał, zdjął ze ściany gitarę, i ledwie strun tykając, wybierał jakąś melodyę. Mimowoli Magda słuchała. Talenty Oryża były to zawsze niespodzianki. Wiedziała, że pochwałą wywoła cyniczny koncept i w jednéj chwili zaprzestanie, więc uwagi nigdy pozornie nie zwracała. Wiedziała téż, że cnotę, ideał, formy towarzyskie, ofiarę, uczucie uważał za rzeczy niegodne wyznania i wyrazu, że krył się z niemi, jak ze wstydem, przed ludźmi, aż urobił o sobie opinię najgorszą, z czego był zupełnie zadowolony, i że powątpiewanie o prawdziwości téj opinii uważałby za obelgę.
Więc po chwili rzekła obojętnie:
— Przecie pana Fink uwolnił. To dobrze!
— Co to za dobrze! Czy tam się siedzi, czy gdzieindziéj między głupcami, zawsze się ma do czynienia z największym głupcem, to jest z sobą.
Magda się uśmiechnęła. To nieparlamentarne określenie było odpowiedzią na jéj rozmyślanie o sobie.
— A ja dzisiaj byłam na śniadaniu u Filipa.