Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Słyszałem, i jak ten derwisz wielbiłem Boga.
— Co za derwisz?
— A ten, co każdego ranka stawał na drodze sułtana i dziękował Ałłahowi, że go nie uczynił sułtanem.
— Mnie téż wcale tam wesoło nie było.
— A pewnie. Kocha pani Osieckiego, a Osiecki baronową. Kobiecie to dosyć, by stracić równowagę.
— Pan ją traci jeszcze z marniejszéj racyi.
— Nie mam nic do stracenia. Obejdę się zupełnie bez równowagi.
Znowu zcicha wziął kilka akordów.
Magda wyprostowała się i rzekła swobodnie:
— Jeśli kocham Osieckiego nieszczęśliwie, to tém lepiéj. Miłość bez wzajemności daje natchnienie.
— Jak komu. Lew kocha lwa, a wrona wronę. Ale gdy paw kocha srokę, lub gołąb kaczkę, to już nie jest miłość nieszczęśliwa, ale głupia. A zresztą, czy pani nie dość, że kochasz sztukę bez wzajemności? Co ta biedaczka cierpi od pani za prześladowanie! Portret widzę gotów. Kogóż teraz pani chce pacykować?
— Nikogo, bo chcę trochę wypocząć.
— Warto! Leżéć na kanapie i śnić o Osieckim! To przynajmniéj będzie naturalnie, po kobiecemu.
— Właśnie, chcę panu dogodzić.