Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Szkoda fatygi. Ja wcale na panią uwagi nie zwracam i od miesiąca wynoszę się.
— Szczęśliwéj drogi i pomyślności. Skorzystam jeszcze z ostatnich chwil i pójdziemy jutro na wieczór do Zaklickich.
— A cóż to ja mam się tam do spowiedzi przygotowywać, słuchając sentencyi tych dwóch mumii? Dlaczego to cnota jest zawsze taka nudna?
— Dlatego, że nic nowego nie wymyśla.
Oryż aż się uśmiechnął, tak mu się to podobało. Zaczął znowu przebierać struny gitary, a melodya była bardzo łagodna i prosta.
Teraz Magda poznała, co grał, i poczęła zcicha nucić:

Czterym latka wiernie służył gospodarzowi,
Sieczkiem rzezał, nie wieczerzał, niech on sam powie;
Matulu, niech on sam powie.

Zupełnie było ciemno w pracowni. Oryż wtórował zcicha i, słuchając, myślał, że może i on stanie się cnotliwym, bo oto od dwóch lat nic nowego nie wymyślił — jak kochać tę dziewczynę, któréj nawet nie pożądał. Może się stanie cnotliwym i nudnym.

Przyszedł Wojtek do tatusiów i wziął dziewczynę,
A ja bez niéj nieszczęśliwy chyba już zginę.
Matulu, chyba już zginę.