Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


za moralną naukę i wskazanie drogi obowiązku. A może mnie pan do domu odprowadzi?
— Dobra sobie pani! Gdzie Rzym, gdzie Krym! Bawarya tu, na podwórzu, a ja będę podeszwy zdzierał, opiekując się panią! Za historyę Finka może, przez wdzięczność? Żegnam panie; bardzo proszę odróżniać mnie od błaznów, uganiających się za kobietami, i nie brać za jedno!
Zawrócił się na pięcie i wyszedł z miną obrażoną. Zaledwie drzwi zamknął, Berwińska rzekła pobłażliwie:
— I szóstki zostaną w spencerze i on będzie cię do północy wyczekiwał pod bramą.
— Nie narażę go na to, bo już odchodzę. Do zobaczyska, Helciu, dziękuję ci za rozmowę. Czuję się zdrową. Przyjdziesz w niedzielę?
— Spotkamy się u Panny Maryi. Do widzenia.
Podały sobie ręce, uśmiechnęły się serdecznie Magda wyszła, coś nucąc.
W bramie, wtulony w kąt, czatował rzeczywiście Oryż. Nie zbliżył się, ani odezwał, tylko, jak policyant, szedł za nią w odległości dziesięciu kroków. Na ulicach było już pusto. Minęli Planty i weszli na Floryańską. Przy bramie swego domu Magda się obejrzała i rzekła ze śmiechem:
— Dziękuję panu za troskliwość i opiekę.
Oryż w jednéj chwili przybrał postać pijaka