Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wściekłość była w głosie baronowéj.
— Moja droga, za to, co ci teraz dać może, tę scenę warto mu urządzić!
— Cha, cha — zaśmiała się baronowa — warto, zapewne, ale ja wolę zmusić go, aby sam się zgłosił i o mnie się upomniał.
Depeszę zastały istotnie w domu. Baronowa rozdarła ją, spojrzała i odetchnęła głęboko.
— Nareszcie! — zawołała, podając ją matce.
Była lakoniczna: — „Ludwik umarł“.
— Żadnego wezwania, nic! Cóż on sobie myśli? — wybuchnęła radczyni.
— Mówiłam ci — to na niego wygląda! Czuje się panem teraz: będzie się drożył. Teraz się nie odezwie, czeka zaczepki, by odpłacić za te miodowe miesiące, któreś mu wyprawiła.
— Ja? Teraz znowu mnie się czepiasz. Zrobisz z niego bohatera i ofiarę!
— Pewnie, że gdyby nie ty, nie potrzebowałabym teraz obmyślać sposobów na niego. Byłabym z nim razem w San Remo i, zamiast tu pleśniéć, dozimowałabym w Nizzy.
Położyła się, lecz długo zasnąć nie mogła.
Muszę tam pojechać — myślała — muszę go zdobyć, odzyskać. Byle prędzéj!
Nazajutrz wstała rano i poszła na wystawę sztuk pięknych; szukała tam Sylwestra. Jakoż