Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odwiedzających mężczyzn, a z sali ścigały ją spojrzenia nieznajomych.
Rzecz szczególna. Magda, tak śmiała dawniéj z Filipem, teraz nie odważyłaby się spytać go o wrażenie, jakie baronowa na nim wywiera, a on, który ją życie całe miał za powiernicę, teraz nie pomyślał nawet, by jéj powiedziéć co czuł, i co myślał.
W powrocie do domu tylko Osiecka mówiła, oni oboje milczeli, myśląc może to samo, mimowoli smutni i zgnębieni.
Jednocześnie baronowa wracała z matką i, tak jak oni, milczała, słuchając, znudzona, gawędy radczyni.
— Dziś powinna przyjść depesza od Alberta.
— Dlaczego koniecznie dzisiaj?
— Bo mi się śniły czarne konie, a to oznacza pogrzeb. Zresztą pisał przecie, że Ludwika życie na dni policzone.
— Cóż z tego! Jeżeli myślisz, że mu będzie pilno do mnie, to się grubo mylisz.
— Ech, to farsa! Musi żonę zabrać. Masz prawo o to się upomnieć.
— Tak, ale on ma list, w którym mu zapowiadam, że zwalniam go od wszelkiéj nad sobą opieki. List ty dyktowałaś...
— Wtedy było co innego. Warunki się zmieniły.
— A wiész, czego on chce teraz? Żebym się u nóg jego czołgała!