Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Téj jednéj upiór baronowéj wcale nie prześladował; przyszłość widziała w różowych barwach.
Dziwna rzecz, Magda nie pomyślała teraz o zwierzeniu się Berwińskiéj. Wprawdzie po śmierci starego delikatność ją wstrzymywała, ale przytém przybył jéj nowy wzgląd. Nie chciała mówić o Filipie, nie chciała być stronną. „Możem ja winna, a będzie wyglądało, że on. Zresztą, jeśli wobec niego milczę, nie powinnam nikomu innemu mówić.“
Po paru tygodniach bardzo porządnego i monotonnego życia w domu Filip któregoś ranka rzekł do żony:
— Nie jestem ci bardzo potrzebny przy pracy. Pójdę do Malickiego na parę godzin.
— Idź i baw się! — odparła ze zwykłym uśmiechem.
Poszedł, a ona, nasłuchując jego kroków na schodach, szepnęła do siebie:
— Wyrwał się jak więzień na swobodę.
Jednakże dnia tego wrócił na oznaczoną godzinę i był weselszy. Wieczorem we troje poszli do teatru. Naprzeciw nich w loży siedziała baronowa z matką, ale pomimo bacznéj uwagi Magda nie spostrzegła, by Filip choć raz spojrzał ku niéj. Piękna pani była, jak zwykle, celem spojrzeń i uwag; nadzwyczajna jéj uroda musiała wywierać wrażenie, pociągać najobojętniejszych. Loża jéj pełna była