Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Magda, jesteś już?
— Jestem! — odparła artystka, nie przestając przerzucać kartek.
— No, dzięki Bogu. Myślałam, że znowu z twojej łaski będę musiała bawić twoją baronową, zamiast myśléć o obiedzie. Co robisz?
— Bawię się. Wiesz, ten nasz album z podróży. Jakbym tam była znowu!
— Dzięki Bogu, że to się skończyło. Ale kupiłaś jabłek?
— Jabłek?
— No, przecież ci mówiłam, że kucharka zapomniała, a żeś miała iść przez rynek, obiecałaś przynieść.
— A prawda! — podniosła głowę i zamyśliła się zupełnie seryo. — Byłam na rynku, alem zapomniała, co mianowicie miałam kupić. Nie przypomniałam sobie, więc wzięłam kwiatów na straganie. Ot, tam stoją.
— Dziękuję ci! Dostaniesz je na wety, bo ja nóg nie mam biegać za ciebie. Nigdy rachować na ciebie nie można.
— Ciekawam, com gorszego od kucharki? Jéj wolno było zapomniéć, a mnie nie? Patrz tu, poznajesz? To ty jesteś na widok frutti di mare w Wenecyi!
— Pfuj! Jeszcze mi stoją w oczach; a ten swąd! O, żem już mój Kraków zobaczyła!