Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na środku podwórza stara lipa wyciągała ku słońcu konary i jedna jej gałąź, na pół złota, pochylała się ku oknu pracowni.
Magda wyciągnęła rękę, ale było za daleko, aby choć listek ująć.
— Może jeszcze za rok — szepnęła. — Może na wiosnę podamy sobie ręce. A może uschniesz?
Zamknęła okno, poszła do stołu, zarzuconego szkicami i papierami, i wzięła stary wytarty album.
Wyciągnęła się na kanapie i zaczęła go przerzucać. Czego tam nie było! Krajobrazy i studya, karykatury, gmachy, szkice, zwierzęta, typy.
Powoli, kartka po kartce, przesuwały się zarazem wspomnienia. Wyraziste rysy artystki zmieniały się przy każdej stronicy. Przeżywała nanowo te wrażenia, które czuła wtedy, gdy rzucała na papier te obrazki, w swoich artystycznych wędrówkach.
Tymczasem głośne czytanie w szkole ucichło, rozległo się suwanie sprzętów i wnet na podwórze wysypał się rój dziewczątek; zaszumiało chychotem, piskiem, nawoływaniem.
Jednocześnie prawie drzwi mieszkania Magdy ktoś otworzył, rozległ się gruby głos, najpierw w kuchni, potem w przedpokoju, i jak burza wpadła dopracowni kobieta wysokiego wzrostu, chuda i zama szysta, o siwiejących włosach, ubrana czarno.