Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Więc zostań, czém miałaś być. Przecierpisz strasznie, ale to cierpienie uchowa ciebie w czystości wody i płomienia, da ci cześć dla saméj siebie i będzie ci natchnieniem wzniosłém. To bardzo ciężkie i trudne, ale ty to lubisz i, raz się przemógłszy, będziesz sobie wdzięczną. Zaznasz wiele mąk, ale nie poznasz najgorszych: upokorzenia, wstydu i niesmaku. Tybyś tego nie przeżyła!
— Nie! — wzdrygnęła się z obrzydzeniem Magda. — Dziękuję ci za tę rozmowę. Trochę mi jaśniéj w myśli. Ty mnie lepiéj znasz, niż ja sama siebie. Zdaje mi się teraz, że to mi właśnie dolegało, iż chciałam postąpić wbrew naturze. Miałam złudzenie, że nie jestem sobą! Masz racyę — przysięgłam, dotrzymam!
Podniosła rozjaśnione oczy i uśmiechnęła się do poważnéj towarzyszki.
— Tobie to wszystko wydaje się straszną marnością.
Berwińska potrząsnęła głową.
— Nie. Bardzo dla mnie ważnym i szanownym jest wszelki ból, który się u Boga zapisuje, i wszelki czyn, który na ziemi nie pragnie zapłaty. I nadewszystko poważam miłość, która daje i nie żąda nic za to.
— Magdzie się zdało, że na te słowa zagrały jéj znowu w duszy organy modlitwę, a Berwińska dodała, wstając: