Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kogo się kocha to podrzędna kwestya, ale jak się kocha — to wszystko. Miłość napełnia świat, ale taka, która nie napełni nieba.
— Ja swojéj tu nie zakopię! — rzekła już hardo Magda.
— Pamiętaj o tém przy nim! — z naciskiem odpowiedziała Berwińska.
— Ty myślisz o krwi i nerwach! Jego zwierzenia to najskuteczniejszy przeciw nim środek. Słuchając tych szczegółów i sposobu, w jaki je traktuje, można tylko nabrać wstrętu, a nie ochoty. Zanadto mu byłam kolegą, żeby był pociągającym!
Z ogródka dolatywały tony walca. Magda słuchała chwilę i rzekła z dźwiękiem serca w tonie i oczach:
— A zanadto jest mi drogim i własnym, żeby drogi mógł istniéć po za nim. Więc bezpiecznam.
Berwińska wstała i nalała herbaty, potém zaczęła etykiety składać w setki i rzekła:
— Jak ty Filipa, tak ciebie kocha Oryż. Życie tak wszystko plącze. Za Oryża będziesz także miała zasługę, że się nie zatraci.
— Trzeba przedewszystkiem miéć dużo zimnéj krwi, aby słuchać jego absurdów.
Ledwie domówiła tych słów, do drzwi ktoś zapukał, a zaraz potém ukazał się właśnie Oryż, w jakiéjś śmiesznéj marynarce, któréj rękawy kończyły mu się u łokci.