Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Więc wrócił?
— Tak, przed kilku dniami, z Ostendy w ślad za baronową Faustanger.
— I zaczął z tobą od zwierzeń: wedle umowy!
— Tak, i to mnie wcale nie bawi.
— Dlaczego?
— Nie wiem. To mnie nudzi.
— Lub drażni?
Magda zamyśliła się, a Berwińska poczęła mówić powoli i poważnie:
— Widzisz, to jest jeszcze dziwniejsze! Dusza ludzka jest tak oplątana ciałem, jak Laokoon wężami. Radaby wzleciéć, lecz do ziemi ją ciągną zmysły i pragnienia doczesne. Obiecałaś duchem, a teraz skrzydła nie mają mocy. Żeby twa ofiara była we czci i chwale ludzkiéj, możebyś ją podjęła; ale że w zamian za nią osiągniesz pogardę, lekceważenie, drwiny, a w najlepszym razie milczenie, więc cię nawet duma opuściła i chcesz być jak inne. Chcesz miéć swe upojenia i radości, swe zawody i szczęście. To zupełnie zrozumiałe, tylko — szkoda ciebie.
— Mylisz się! Wcale nie pragnę być jedną ze zdobyczy Filipa, ale nie chcę patrzeć i słuchać jego zachwytów nad jego własném nieszczęściem. Bo ta kobieta zgubą jego będzie.
— Powiédz mu to i usuń się.
— Szkoda mi go! — szepnęła Magda.