Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Potém poufnie do ucha:
— Nie rzucaj pereł przed wieprze i nie kochaj się w mężatce, kiedy jest dziewczyna! No, ale za młodu, to przechodzi bezkarnie. Będziesz zdrów; byle nie było recydywy!
Filip się roześmiał.
— Profesor nie może żyć bez dyagnozy.
— Nałóg, mój drogi, i wprawa. Robię, co mogę, byle miéć pacyentów.
Weszli do salonu. Zaraz na wstępie zobaczył Filip Magdę, tańczącą ze Stachem Malickim.
Spojrzeli na siebie: dojrzał w jéj oczach niespokojne pytanie. Po chwili, gdy usiadła, zbliżył się do niéj i rzekł:
— Jestem wolny!...
— Biedaku! — szepnęła z serdeczném współczuciem.
Przesunął ręką po oczach i dodał:
— Nie cierpię nawet — tak pogardzam!
— Cóż było?
— Jutro ci powiem. Dziś chcę się trochę opamiętać, zapomnieć, odurzyć. Doktor mi radzi tańce. Chodź, nie walcowałem nigdy z tobą i oprócz ciebie wstręt mam do wszystkich kobiet.
Okrążyli, tańcząc, parę razy salon i Filip rzekł:
— Dobrze tańczysz, tylko nie czuć ciebie w objęciu. Patrz, widzisz, jak się nam Sylwester przygląda? Muszę mu powiedzieć, że się żenię z tobą.