Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co? Że go baronowa porzuci? Gdyby mnie był się spytał, tobym mu o tém powiedziała jeszcze jesienią. Daj pokój — nie masz czego się użalać. Jego ojciec podobny żywot pędził. Co raz nowe amory i skandale, po każdym chciał się strzelać, a umarł zupełnie pospolicie, na zapalenie płuc. Żonę zadręczył, brata zagryzł, a sam był zdrów i wesół aż do śmierci. To jest dziedziczne.
— Co? Śmierć? — zaśmiała się Magda.
— No, niezawodnie, ale ich szały i zapalność mnie już tylko złoszczą. Taki błazen daje się oszukiwać najbezczelniéj, afiszuje się swym grzechem bezwstydnie, fundusz topi w błocie, ogaduje nas, zgorszenie czyni całemu miastu: i ty się nad nim litujesz! Cóż znowu — kochasz się w nim, czy co?
Spojrzała badawczo w oczy siostry, która wytrzymała wzrok spokojnie i odparła.
— Może. Tego mi nikt nie zabroni.
— Ty? Kochasz Filipa? Wielkie nieba! Et, bredzisz! — zakończyła po namyśle.
Machnęła ręką i wyszła do kuchni, by się dowiedziéć o obiad.
Magda poszła do pracowni i obejrzała się wokoło.
— Zacznę coś robić.. Widocznie nie zniosę bezczynności. Tracę równowagę.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Filip tymczasem szedł przed siebie, bez celu. Miał wrażenie, że w duszy mu coś pękło, i tą szpar-