Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mistrzowsku okolicznościową pozę, ale gdy pociąg ruszył, odetchnęła z rozkoszą.
— Teraz spróbujemy swych sił, panie baronie — myślała, wracając do hotelu.
Filip tymczasem śpieszył do Krakowa.
Kuryerskie pociągi wydawały mu się powolnemi, przestanki męczarnią. Liczył godziny ze wstrętem, że tyle ich przeżyć musi bez niéj!
Nareszcie stanął u celu i wprost z dworca ruszył do mieszkania Magdy i Osieckiéj.
Gotów był na skandal: rozdrażniła go tęsknota.
Służąca na jego widok przelękła się i nie wiedziała, co rzec.
— Pani w domu? — spytał ostro.
— W domu. Onegdaj przyjechała, jutro odjeżdża.
— Powiedz, że mam pilny interes i chcę ją widziéć natychmiast.
Wyszła, zostawiając go w przedpokoju, i rzecz dziwna, śmiałość go zupełnie odbiegła.
Czul się tu tak obcym, tak wrogim, że nawet się nie ośmielił wejść do salonu.
Myślał, że Magda tu jest, przez ścianę, i lęk go ogarnął przed jéj spojrzeniem.
Służąca wróciła po chwili i wręczyła mu spory pakiet.
— Pani majorowa kazała to panu oddać i po-