Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy się mijali, Filipowi się zdało, że ten się drwiąco uśmiecha, więc go zaczepił podobnież:
— Pan się widocznie do Włoch wybiera?
Oryż ramionami wzruszył.
— Nie wziąłem żadnego spadku, więc nie mam po kim donaszać zimowéj garderoby! — odciął i zaraz złożył znów usta do gwizdania i poszedł daléj.
— Antypatyczna kreatura! — mruknął Filip.
Od pierwszego wejrzenia czuł niechęć do tego człowieka, prawie wstręt. Bywają takie przeczucia, że ten właśnie będzie wrogiem, rywalem lub narzędziem złego losu.
U drzwi baronowéj długą chwilę Filip zbierał zmysły, zanim zadzwonił, potém z szaloném biciem serca liczył sekundy.
Było to jego zwykle wejście do osobistych apartamentów pięknéj pani. Służąca, opłacana po królewsku, znała jego sposób dzwonienia i zwykle otwierała natychmiast. Teraz dość długo nikt się nie zjawił. On przechodził tortury, już chciał odejść, gdy wreszcie usłyszał kroki i odsuwanie zatrzasku.
Subretka wytknęła swoją impertynencką twarz i rzekła szeptem:
— Starsza pani była u pani baronowéj i tak się spierały, że nie śmiałam otworzyć. Dobrze, że pan przyszedł: a toby się zażarły!
— A pana nie było? — spytał jako o rzecz możliwą.