Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wskutek tego zhardział. Jak mi nie wierzysz, to go się rozpytaj, a tymczassm chodź, przetrącim co u Hawełki.
— Ba, żebym czas miał! Obiecałem się na tę godzinę do Malickiego — odparł Filip, przemógłszy pierwsze wrażenie.
Pożegnał starego plotkarza i zawrócił do domu.
Potrzebował spokoju, aby ochłonąć, przyjść do równowagi.
Padł na kanapę w sypialni i wpatrzył się w portret.
— Jeśli kłamiesz, bądź przeklęta! Zabijesz mnie! — zamruczał gwałtownie.
Wtem spostrzegł na płótnie drobny szczegół, który dotychczas uchodził jego uwagi. U samego spodu, wśród kwiatów, leżała prawie ukryta gałązka z jagodą belladonny. Wzdrygnął się, przypomniał sobie przezwisko dane przez Magdę. Że to ujrzał w téj chwili, zdało mu się fatalną wróżbą. Ogarnął go strach, zgroza, przeczucie nieszczęścia. Zanim stanął do walki, zanim miał pewność, już czuł się pobitym.
— Nie wytrzymam, pójdę do niéj. Powiem wszystko, niech mnie broni przed samym sobą — zawołał, zrywając się.
I poszedł. Po drodze spotkał Oryża.
Szedł w mróz, odziany w kusą i lekką kurtkę bez kaloszy i rękawiczek, z rękoma w kieszeniach i miną milionera. Gwizdał i śpiewał na przemian.