Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gi, ale to wreszcie hypochondryka-by rozśmieszyło. Jedenastu przed tobą mówiło mi to samo!
— Mogę zaręczyć, że po mnie już nikt nie powié!
— A wierzę, wierzę, bo ona już wraca do męża.
Teraz z kolei Filip się drwiąco roześmiał.
— Bywają nowiny prawdopodobniejsze. Ta się panu nie udała. Mogę zaręczyć, że to się nigdy nie stanie! — dodał tonem pewnym siebie.
Sylwester się zaperzył.
— A ja ręczę, że to się stanie. Faustanger już raz był, a! pan o tém nie wiedział, proszę więc spytać o to baronowéj. Był, teraz siedzi w San-Remo nad konającym bratem, korresponduje z żoną, odnawia swój pałac na Morawach — no, i lada dzień okaże się, że narzeczony pięknéj pani — to żaden etat! Panu to przykre, nie wątpię, i mnie było w swoim czasie niemiłe! A no, z mężem niéma żartów, prawa jego najstarsze! Musimy ustąpić.
Słuchając, Filip drwiąco się uśmiechał, ale odpowiedziéć nic nie zdołał. Dławiło go coś w gardle, przesłaniało oczy.
Szczęściem, Sylwester odpowiedzi nie czekał i prawił daléj:
— Tę wiadomość dziś Oryż przywiózł. Posądzaliśmy go o różne ukryte sztuczki, a on siedział u rodziny na Podolu i tam się poznał z Faustangerem. Ma mu odnawiać freski w zamku i strasznie