Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


młodzieży — i tylko cztery pary! To wstyd dla was, młodzi panowie.
— O, jam żadnych zamiarów nie miał. Zupełnie bezinteresownie obtańcowuję panny.
— Dareccy liczyli na ciebie.
Filip ruszył ramionami.
— Widocznie są ślepi i głusi.
— Myślisz o baronowéj? No, wiész, to jest epidemiczna choroba. Każdy to przeszedł, odsłużył tam swoje: więc ludzie wreszcie przywykli i tolerują to, jako złe konieczne. Toby ci nie przeszkodziło ożenić się bardzo porządnie. Poszłaby za ciebie Darecka, i Janikowska, a sądzę, że i Powalska nie byłaby od tego. Chcesz? mogę cię wyswatać.
— Obejdzie się. Mam już wybraną i jestem narzeczonym.
— To sekret? — ciekawie spytał stary.
— Czy pan udaje, że nie rozumie? — niecierpliwie burknął Filip. — Jestem narzeczonym baronowéj.
Tu Sylwester na niego popatrzył, a potem zaczął się śmiać, aż mu łzami zaszły oczy.
Osiecki się obraził i wybuchnął:
— Radzę panu przestać i wytłómaczyć się, co pan w tém znajduje tak zabawnego.
— Dwunasty, słowo daję, dwunasty! — zawołał stary, ocierając oczy fularem. — Daruj, mój dro-