Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oczy Oryża mgłą zaszły, pałały mu powieki i czuł, jak ból skręcał go, miażdżył.
Machinalnie wyszeptał:
— Z mojéj świątyni relikwię ten sobie bierze na sprzęt domowy, czy na zabawkę. Wolno mi cierpiéć przecie! A ze świątyni co zrobić? Koszary, piwiarnię czy tancsalę? Wszystko jedno!
Wypróżnił kufel, głowę na rękach oparł i powtórzył z uczuciem, jakby nóż w ranie obracał:
— Mnie wolno cierpiéć przecie.
I cierpiał. Powoli, jak wstążka, te dwa lata cnoty i statku przesuwały mu się przed oczyma. Dzień po dniu je pamiętał z najdrobniejszemi szczegółami. Nikt jéj nie znał, tak jak on: znał jéj pogodę i czystość, jéj jasność i siłę, i bogactwo myśli i uczuć delikatność.
Dwa lata, i tyleż życia! Przedtém był zwierzem, teraz będzie umarłym, może znów bydlęciem, jeśli przeżyje. Dwa lata. Chciał się jéj za dobre odpłacić, ułatwić jéj szczęście. Może ona, tak jak on teraz, cierpiała, gdy ten bałamucił się z baronową, i jéj kochanie gorzkie było i łzawe. Teraz będzie szczęśliwa.
Znowu wypił kufel i krzyknął na dziewczynę:
— Co ty mi tu za lurę dajesz? Mówiłem, że chcę mocnego! Daj wina!
Przyniosła mu butelkę i lampę. Pił dałéj...