Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a nie mógł. Chciał myśléć — a tylko cierpiał. Nie starał się rezonować, ani opamiętywać: chciał nie czuć — i koniec.
Z początku, po przymusie całodziennym, był jak martwy. Bolały go nawet członki, w głowie bezładnie tłoczyły się wrażenia.
Potém zaciął nagle zęby i nieco zbielał, i przez oczy mignął mu rozdzierający duszę żal.
Nie próbował już szydzić z siebie, ani się okłamywać, jak człowiek śmiertelnie chory, nie łudził się nadzieją. Śmierć szła po niego: więc patrzył jéj w oczy i dziwił się, że żałuje nawet takiego życia, nawet takiéj doli. Więc śmierć przecie jest czemś bardzo złém i straszném, gdy go tak bolało. On się nigdy niczego nie spodziewał, nie żądał, o niczém nie marzył: a teraz nagle chwyciła go żałość okrutna i bezmierny smutek. Dlaczego? Tak niedawno pracował nad tém, by takie rozwiązania sprowadzić...
Podniósł głowę i spostrzegł dziewczynę, czatującą na pusty kufel.
— Macie dzisiejszą gazetę? — spytał.
Podała natychmiast. Odszukał notatki z karnawału i wlepił oczy w parę linii: „Filip Osiecki i Magdalena Domuntówna“.
Dwa nazwiska, dwa imiona, dwoje rąk w uścisku, dwie głowy, pochylone ku sobie, dwoje ust w pocałunku i dwie ślubne obrączki.