Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


u niéj kredyt i łaski, ratowała go nieraz od głodu, żywiła do niego wielki, cichy sentyment. Pochodzili z jednéj okolicy i ona nigdy do miasta nie mogła nawyknąć; brzydka była, jak on, i jak on poniewierana. Gdy wszedł, koleżanki chychocąc wypchnęły ją na salę: był to przedmiot drwin zwykły. Dziewczyna przyjmowała to spokojnie, z pewną nawet dumą. Starła przed Oryżem stolik, a gdy usiadł i milczał, oczu nie podnosząc, spytała:
— Dać panu kapusty, czy Haków?
Drgnął, jakby się przebudził.
— Nie będę nic jadł. Daj mi mocnego piwa.
Gdy podała kufel, wyjął banknot z kieszeni i rzekł:
— Masz tu dziesięć reńskich. Prowadź rachunek sama. Będę pił i pił. Tu się prześpię. Rano, jeśli nie pójdę, to mnie każ dorożką odwieźć do redakcyi pana Finka. Zapamiętasz?
— Jak pacierz! — potwierdziła z całém przejęciem.
— No, to dolewaj bez komendy. Nie chce mi się gadać!
Dziewczyna spełniła rozkaz dosłownie. Kufel nie był minutę pusty. Oryż łokciami na stole się wsparł, ani spojrzał w stronę. Pił, wzdrygał się wstrętem i znowu pił.
W głowie jego było jednak zupełnie trzeźwo i to go doprowadzało do wściekłości. Chciał być pijanym