Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Daj mi pan dziesięć reńskich! — rzekł.
Fink zawahał się chwilę.
— Ale przyjdziesz jutro? Słowo?
— Słowa nigdy nie daję, ale złodziejem nie jestem. Jak nie przyjdę, to każę się przywieźć!
— Oryż, opamiętaj się, jeszcze tydzień! Proszę cię! Album zapowiedziałem na maj. Drzeworytnia przygotowana. Nie rób mi zawodu! Zaklinam cię na wszystkie świętości.
— Nie głupim miéć świętości na twoje zaklęcia. Dosyć gadania! Dajesz dziesięć reńskich, czy nie?
— Daję. Ty wiész, że mam słabość do ciebie i zaufanie; ale możebyś tu kazał przynieść kolacyę, może ze mną zjész?
Dawał banknot, ale ręce mu drżały. Oryż pieniądze zmiął, jak brudną szmatkę, wetknął do kieszeni i wyszedł.
Fink wybiegł na schody.
— Słuchaj, ja wiem, że jutro wrócisz, ale tak, na wypadek... gdzie cię można znaleźć?
— Na Wawelu, gdzieś mi obiecywał pracownię! — ozwał się ze śmiechem Oryż.
— Ucieknie! Jak Bóg mity, nie wróci, dopóki nie straci ostatniego centa! Po co ja mu dałem!
Żal był po niewczasie. Oryż już zszedł na ulicę, już kupił cygar, już szedł do knajpy. W brudnéj okopconéj salce miał swoje miejsce w kącie i dawną znajomość z usługującą dziewczyną. Miał