Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To ci tak dojechało to małżeństwo widocznie — rzucił jak strzałę Parta.
Fiok usunął się, pewien skandalu, bo Oryż się obejrzał i żółte jego oczy pozieleniały ze złości. Popatrzał na Malickiego i rzekł:
— Małżeństwa dojeżdżają może ciebie. A że się Osiecki pobierze z Domuntówną, to wiem o wiele dawniéj, niż wy wszyscy.
— Może być, boś się w niéj kochał. Aha, toś dostał czarną polewkę na ostatni obiad?
— Może ty sobie wyobrażasz, żeś komu potrzebny i miły, to się kochaj i oświadczaj. Ja wiem, com wart, i nikogo sobą nie częstuję.
— Patrzcie, a to ci pokorny i skromny!
— Wcale nie! Takie samo jestem bydlę, jak i ty; tylko ty przybierasz formy człowieka, a ja sobie téj fatygi nie zadaję. Usuń się ze światła i odczep się ode mnie. Masz robotę — psia dola!
I zabrał się znów do rysunku.
Do zmroku ust więcéj nie otworzył. Gdy ściemniało, odłożył ołówek i chwilę rozmyślał, patrząc chmurno przed siebie. Potém wstał żywo, wziął kapelusz i szalik, który stanowił sam jeden jego zimową garderobę.
— Pan każe podać już światło? — spytał go sługa redakcyjny.
— Jutro — burknął, przechodząc do gabinetu Finka.