Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do drzwi jéj domu. Wtedy rzekli sobie krótko: dobranoc, i on powlókł się daléj, do swéj kletki na strychu.
Magda zastała siostrę zafrasowaną.
— Coś się stanie złego! — rzekła jéj szeptem. — Filip zażądał, bym mu dała z jego summy dziesięć tysięcy reńskich. Wyglądał jak złodziéj, gdy to mówił. Zlituj się, dowiedz się, co zamyśla. Może być nieszczęście! Czy nie wpadł między graczów? Ty bo na wszystko mu pozwalasz.
— Dowiem się — odparła Magda spokojnie.
Filip pisał przy biurku; gdy weszła, schował papier do szuflady i spytał ją obojętnie: czy się dobrze bawiła? Odpowiedziała, ale nie spełniła polecenia siostry. Nie czuła się w prawie badania go, ani wymuszania zwierzeń. Nie czuła się téż w mocy współzawodniczenia z baronową i zdawała się na zły los, który, czuła, że do drzwi jéj już kołace.
Nazajutrz pierwszym w redakcyi Finka był Oryż. Zasiadł do roboty, pół dnia milczał, z miną zbójcy, po południu zaczął gwizdać oberki. Fink zacierał ręce i tak się rozczulił tą rehabilitacyą, że wieczorem zaprosił go na przekąskę.
Oryż, rzecz niesłychana, przyjął. Poszli do Hawełki i Fink zaproponował koniaku.
— Nie chcę. Nie piję! — odparł z godnością malarz.
— Ty? Pocoś więc przyszedł?