Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nowa miała słuszność, mówiąc, żeśmy panią popsuli, a pani za nasze hołdy płaci nam... Oryżem.
Magda znowu nie wierzyła uszom. Ale i ją wreszcie oburzyły podobne insynuacye.
— O wasze hołdy się nie staram. Przenieście je wszystkie na baronową i powiedzcie jéj, że ma racyę. Dbam o jednego Oryża, i tego mi nie weźmie!
Brwi jéj zbiegły się i rozdęły nozdrza. Pan Sylwester wyglądał obrażony. Umilkł, a ona pożałowała wybuchu i dodała już wesoło, zwracając się do Finka:
— A wié pan, że Filip zaczyna malować?
— Słyszałem; jem i piję z téj racyi, ale nie wierzę.
— Uwierzy pan, gdy zobaczy „Salamandrę“.
— Życzę tego i zapowiem ją publiczności, ale nie wierzę w artystów-bogaczy.
— Otóż przekonam pana! — uśmiechnął się Filip.
Przez chwilę wątpliwość Finka zbudziła w nim energię; ale błysk zgasł niebawem, i sam nie wierzył już w swoją moc.
— Maluj, maluj! — zawołał doktor — byleś się w Stacha nie wdał. Maluj źle, ale niech to będzie treściwe i zdrowe. A radzę ci trochę masażu i hydropatyi... na nerwy! No, a teraz, moi państwo, bywajcie zdrowi, bo już około czwartéj.