Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Magda słuchała z niesmakiem i znudzeniem. Rozmowa podobna raziła jéj gruntowny umysł i wymagania. Raził ją téż banalny wygląd jadalni, raził długi czas poświęcony jedzeniu, a nadewszystko raził sam Filip, który nie umiał rozmowy poprowadzić, pogłębić, stracił swój humor i błyski oryginalności, wyglądał osowiały, obojętny, znudzony.
Parę razy spojrzała nań: unikał jéj wzroku, jakby się wstydził lub myślał o zdradzie. A gdy tak milczała, zgnębiona złém przeczuciem, pan Sylwester przechylił się do niéj i rzekł półgłosem:
— Niech pani w to nie wierzy.
— W co? — spytała zdziwiona.
— W to, czego oni dowodzą! Nie myślę wcale o baronowéj, ani mi ona niebezpieczna. Pani wié, komu służę wiernie. To tylko pozór — zakończył tajemniczo.
Roześmiała się. Doprawdy, on był przekonany że ona cierpi nad jego odstępstwem!
Uspokajał ją i cieszył — on — co do siebie.
Popatrzyła mu w oczy, nie wierząc, ale twarz ta była przejęta wysokiem pojęciem o sobie i zlekka protekcyonalna:
To ją tak ubawiło, że aż wesoło rzekła:
— To szczęście, że mi pan dodał ducha, bo już przemyśliwałam o samobójstwie.
Sylwester poczerwieniał.
— Pani mi nie wierzy. Pani zbytnio ufa. Baro-