Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Żebyśmy mogły razem spędzić parę letnich miesięcy! Tobie potrzebny wypoczynek, mnie twoje towarzystwo. Jestem pewna, że ty-byś nabrała sił fizycznych, a ja moralnych do znoszenia życia. Czasami bywa ono ciężką pracą.
— Tak, ale to właśnie jest hygieniczną gimnastyką. W odpoczynku i spokoju siły sztywnieją jak muskały. Brak wprawy i ćwiczenia kosztuje potém w dwójnasób.
Magda miała wielką pokusę spytać ją o jéj osobiste troski, ale nie śmiała, tak ta niedola hardą była i tak starannie ukrywaną. Bała się urazić ją nawet serdeczném współczuciem.
W téj chwili ktoś nieśmiało do drzwi zastukał. Berwińska zwróciła się żywo do Magdy i rzekła szeptem:
— Usuń się trochę na bok. To Oryż! Gdy cię zobaczy, gotów uciec od progu. Ja go tu wciągnę: wtedy już zostanie.
Magda usłuchała machinalnie, a Berwińska otworzyła drzwi i pozdrowiła uprzejmie Oryża.
— A to pan, i z książką! Dziękuję i proszę na herbatę! Pomoże mi pan obejrzéć te rysunki.
Oryż wszedł i dopiéro, gdy zdjął palto, spostrzegł Magdę. Pierwszy ruch był taki, że chciał zemknąć; ale się przecie opamiętał, ukłonił i usiadł przy stole, starając się, by twarz jego pozostawała w cieniu.
Berwińska zaraz zajęła się książką, i to wnet ze-