Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Poszli pod rękę ku domowi. Osiecka poprzedziła ich, wzburzona do głębi.
— Taki ślub, to skandal! Znowu o nich tylko gadać będą. Dobrało się dwoje postrzelonych! Boże, co to daléj będzie!
Filip rękę Magdy do siebie przyciskał, ale ona wcale nie wyglądała na sentymentalną.
Owszem żartowała z konceptów Malickiego i cieszyła się z Sylwestra, który przy obrzędzie kilka razy wzdychał.
— To tak z zazdrości o mnie! — uśmiechnął się Filip, szukając jéj oczu.
— Bynajmniéj! To ze strachu, by go kto z nowinką nie uprzedził. Boże, ile on piętr dzisiaj schodzi z naszéj racyi! — odparła swobodnie.
Przyszli do domu. Ponieważ Osiecka płakała na samą myśl stracenia Magdy, więc Filip tymczasem donajął sąsiednie dwa pokoje i tam się ulokował.
Przez te trzy tygodnie zupełnie wrócił do równowagi. W towarzystwie zawsze wesołéj Magdy odzyskał dawny humor i miał wrażenie człowieka, który powstał z ciężkiéj choroby. Czuł się uratowanym, roił o swobodnéj, dobréj przyszłości.
Baronową spotykał chwilowo na ulicy. Wtedy doznawał uczucia bólu i niepokoju, ale tylko chwilowo, i gwałtem myśl od tego odwracał. Chciał zapomniéć, uciekał do Magdy, szukał jéj oczu, prawił