Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czułości, całował ją po rękach. Trochę go raził jéj humor niefrasobliwy, ale myśl, że należą do siebie, dodawała mu wiary na przyszłość.
Po ślubie Magda pozostała tą samą. Zabrała się do roboty, jak każdego dnia, a jemu kazała sobie czytać głośno.
Gdy mruczał niechętnie, rzekła tonem, jakim się dzieci pociesza:
— Bądź grzeczny i nie grymas. Im prędzéj robotę skończę, tém prędzéj do Włoch wyjedziemy. Żebyś był poczciwy mąż, tobyś wziął drugie stalugi i połowę mojéj roboty na swe barki.
— Wezmę, ale ci popsuję opinię. Nie mogę już malować. Zanadtom sobą i tobą zajęty.
Jednakże ustawił stalugi i wziął się do pracy. Widząc jéj radość, zajął się szczerze i tydzień wytrwał. Potém któregoś dnia pendzel rzucił i ponuro się zamyślił.
Przestała i ona malować i spojrzała nań z niepokojem:
— Zmęczyłeś się? Chodźmy na spacer!
— Nie zmęczyłem się, ale czuję, że już nie jestem zdolny nic tworzyć. Ta robota to nie zapał i nie natchnienie, tylko rzemiosło.
Ścisnęło jéj się serce, i nakłaniała więcéj. Ale wskutek tego stał się rozdźwięk między nimi. On w swojéj bezczynności poczynał się nudzić, a ona to czuła z wielką przykrością i trwogą. Często