Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w pracowni panowało milczenie, którego ona przerwać nie umiała, szukając daremnie w myśli przedmiotu wspólnego zajęcia, a którego on przerwać nie chciał, codzień bardziéj zrażany jéj pozorną dla niego obojętnością.
Wtedy złe myśli go opadały: wspomnienia gorących spojrzeń i uścisków baronowéj, jéj półsłówka drażniące, jéj rozmowy, jéj zajęcie, gdy o sobie opowiadał, jéj zalotne pieszczoty. Tak niedawno się przekonał, że to była sztuka i fałsz; teraz o tém zapomniał i porównywał postępowanie baronowéj z zachowaniem się Magdy, i miał do niéj żal, że go tém samém, co tamta, nie karmi.
Ona zaś zamykała się w sobie i nie chciała mu być natrętną, bo upiór baronowéj stał wciąż w jéj oczach i pamięci, mroził każdy serdeczny poryw.
I tak po kilku tygodniach oboje dalszymi się czuli i bardziéj obcymi sobie, niż przed ślubem, oboje zrozumieli, że idzie do gorszego, i przestali już nawet mówić o przeszłości.
W całym domu jedna Osiecka czuła się zupełnie zadowoloną. Zapomniała już o „skandalu“ ślubnym, cieszyła się statkiem Filipa, obecnością Magdy i zakończeniem uwłaczających plotek.
Młodzi, napędzeni przez nią, złożyli wizyty. Znowu salon jéj był pełen w dnie przyjęcia, z uśmiechem przyjmowała powinszowania znajomych, a co najlepsza, namówiła Filipa, aby jéj oddał do przechowania większą część kapitału.