Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


One jéj nie palą, lecz pieszczą, nie niszczą, lecz upajają, a ona, jakby owładnięta rozkoszą, w nie się owija, do nich się tuli, z niemi igra zalotnie.
Magda słuchała, napół rada, że przecie ocknęła się w nim twórczość, napół przerażona zmysłowością tego pierwszego natchnienia. To nie był dawny duch Filipa, którego ongi we Włoszech podniecały freski Fra Angelica, który w zamyśleniu szkicował twarze ascetów lub eteryczne aniołki, i stawał w zachwycie przed mnichem zamodlonym lub lampą palącą się w niszy przed madonną. Teraz to widziadło, które wyszło mu z myśli pod wrażeniem ognia i wewnętrznego usposobienia, miało pogańską lubieżność i dech szału, i było kultem ciała i krwi a zatraceniem ducha. Widziała i ona je, przeczuwała, i była pewną, że ma rysy baronowéj i jéj urok niebezpieczny i niezdrowy. Nie przecząc mu i nie przerywając, podeszła do stalug i odkryła rozpoczęty przed dwoma laty obraz Filipa.
Szmat słońcem oblanéj pustyni, na niéj trochę kaktusów i przy drodze muzułmański grobowiec. Na progu postać pątnika, który, śmierci niedaleki, zwraca oczy i ramiona na daleki horyzont, gdzie majaczeją, jak we śnie, kopuły i krzyże, a on do nich już nie dotrze — tu mu zgon zakończy pielgrzymkę. Nazwał to niegdyś Filip „Ślub niespełniony,“ potém przezwali już wspólnie: „W przeddzień tryumfu“ — było to jakby ich wspólne dzieło, bo mu