Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


towarzyszyła często przy pracy i mówili o tém płótnie wiele i miało ono stanowić o przyszłéj karyerze Osieckiego.
Teraz karyery nie potrzebował, był bogaty. Magdzie było jednak bardzo smutno, gdy patrzyła na tę pamiątkę przebrzmiałych marzeń i nadziei.
Filip zbliżył się do stołu, popatrzył i sięgnął po nóż.
— I to w ogień! — rzekł. — To jest ohydne. To nie pustynne, gorące światło, to nie powietrze Palestyny. To jest oszukaństwo, fałsz... jeden wielki błąd. Do pieca z tem!
— Nie, daj pokój. Wezmę to sobie. Tu jest wiele ducha. Lubię to!
— Weź, ale nikomu nie pokazuj, bo mi wstyd! No, rozumiesz, że tu zostać nie mogę. Daruję ci wszystką tę mizeryę, a za tydzień zapraszam cię do nowéj pracowni.
Obejrzał się raz jeszcze wokoło.
— Nic z tego nie wezmę. Tandeta i nędza! Chodźmy z téj nory!
— Idź sam i przyślij mi posłańca. Zabiorę ztąd parę rzeczy i odeślę do siebie. Co do pracowni... weź tę po Wiklickim, który po wakacyach wyniósł się do Monachium. Na plantach, w domu Szmita.
— Dobrze, bylem miał porządny przytém apartament.