Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zaledwie obiad się skończył, poszedł do siebie i wziął się do czytania, ale nie uważał na treść. Bunt w nim wzbierał i praca złego sumienia, żeby koniecznie postawić się w roli ofiary.
— Cóż ona? Żoną mi jest? Kocha mnie? dba? Poszła za mąż, czy ja wiem poco? Mówi, że z miłości się dla mnie ofiarowała! Śliczny frazes, tylko nie mnie tém zwodzić. Ja wcale jéj ofiar nie potrzebuję! Dałem jéj pozycyę, nazwisko, obroniłem ją przed złą opinią! I mam jeszcze znosić rolę Bóg wié jaką. Guwernantką chce mi być! Bardzo proszę — obejdę się! Ja dałem więcéj, niżby kto się zdecydował, a ona mi zdaje się łaskę świadczyć. Oryż jéj nie smakuje, wierzę, ale go jéj nie daruję. Ma słabostki ta Westalka!
Podniecał się w ten sposób i wyrabiał sobie wobec sumienia bezkarność, głos rozsądku i logiki głusząc gwałtem. Byłby rad, żeby Magda przyszła w téj chwili, żeby powiedziała słowo wymówki, aby jéj swą żółć mógł wyrzucić.
Ale Magda — słychać było — niefrasobliwie wzięła się do roboty i, przerzucając farby w pudełku, nuciła zcicha.
To mu posłużyło za nowy powód oburzenia.
— Śpiewa... albo ją co obchodzi, oprócz smarowania? Czy ona dba o mój sąd, czy ona mnie ma nawet za godnego odpowiedzi i tłómaczenia? A jam, głupi, myślał, że ona dobra sercem, ona dobra, bo