Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czas zapisał się do waszego cechu. Ale to jeszcze dalekie rzeczy. Tymczasem mamy komitet do urządzania bezpłatnych śniadań i nocnych przytułków na zimę. Ma być świetny bazar na ten cel przed świętami. Panie mają sprzedawać. Bufet, muzyka, koncert! Przygotuj się, że cię skarotują do nitki!
— Mnie? Czy ja waryat tam chodzić?! To jest uprawniony rozbój na gładkiej drodze. Mam nadzieję, że pani, panno Magdo, nie będzie wśród tych dam, które w téj roli są wstrętne.
Osiecka poczerwieniała z przykrości wobec milczenia Sylwestra, ale Magda odparła wesoło:
— Nie. Bądź pan spokojny. Tam będą tylko damy szanowane i pełne godności! Mnie już wykluczono z tego czcigodnego grona.
— A, prawda. Słyszałem, że już teraz gorszą się, czemu pani nie idzie za Oryża. Szczególna pretensya! Powiadam: Onegdaj swataliście ją z Osieckim! Coście się tak raptem jéj losem zajęli, albo wam brak własnych spraw?
— Ma pan racyę! — zawołała Osiecka. — Czego oni się na nas uwzięli? Ten nieszczęsny Oryż dwa lata był u nas prawie domownikiem, i nikt na to nie zwracał uwagi. Teraz, gdy się wyniósł, wytworzono o nas bajkę miejską.
— Nie byłoby nic dziwnego, żeby się w pannie Magdzie zakochał i po pijanemu chwalił