Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się z jéj uprzejmości. Ztąd plotka! — rzekł Sylwester.
— O, co to, to nie! — oburzyła się Magda. — Oryż był mi rzetelnym kolegą, a on nie zwykł nawet prawdą się przechwalać, tembardziéj zmyślone historye prawić. Ludzie nie mieli na razie innéj nowinki, ktoś im tę podsunął, i poszła w kurs, rosnąc do olbrzymich rozmiarów. Ludzie i tak byli dla mnie wyjątkowo długo łaskawi. Teraz sobie to spłacają. Cóż robić! Minie i to!
— Lubię panią za to! — zawołał doktor. — Mówiłem dziś żonie: — Ona jest tak zdrowa i zajęta, że pewnie mniéj się tém martwi od ciebie.
— Tak, ale ślad w życiu zostanie! — rzekła Berwińska. — Smutne to, gdy się ludzi już lekceważy.
Sylwester wstał i zaczął się żegnać. Nikt go nie zatrzymywał, a gdy wyszedł, Osiecka rzekła:
— I ten już więcéj nie przyjdzie.
— Bardzo dobrze! — zaśmiał się doktor. — Obmowa i plotka, to wialnia i sortownik przyjaciół. Zostanie się mało, ale rzetelnych! A teraz, gdy ten poszedł, powiem wam nowinę. Onegdaj widziałem w mieście Faustangera. Szedł otulony w płaszcz, alem go poznał po utykaniu na lewą nogę. Była ona w moich doktorskich rączkach po pojedynku i pamiętam tę kuracyę. Otóż zdziwiło mnie, zkąd się tu wziął nagle. Z tego się wywiąże komplikacya, zoba-