Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żeby dla wyższéj klasy istniały sklepiki z honorem i zasadami.
— Sklepiki? bagatela! Na nasze choroby i brudy trzebaby wskrzesić Herkulesa. My — to Augiaszowa stajnia. Słuchaj-no, Sylwester, wiesz, że ma być zjazd lekarski i owacye dla Czechów?
— A cóż! Wcale dobra myśl. Kiedyż to?
— Latem podobno. U nas mają pasyę do szopek, ale ta mi się szczególnie nie podoba.
— Dlaczego? Czechy są z nas, Słowian, najrozumniejsi, mogą nam być przykładem. Dłoń bratnią nam podają. Należy ich uczcić!
— Czcijcie zatem. Ja tam nie myślę. Doktor, czech, czy ja, tak samo zarznie człowieka, jeśli się Bóg za nim nie ujmie. Gadać będą, jeść, pić, całować się, pisać brednie po gazetach, a ludzkość, jak była chorą, tak zostanie.
— Mój drogi! — wtrąciła żona. — Ty całe życie burczysz i krytykujesz, a pewnie w zjeździe uczestniczyć będziesz.
— Bo muszę! Człowiek nabierze na siebie różnych ciężarów, i wmówią w niego potém, że to obowiązki.
— Niech to pana pocieszy, że tak jest z każdym — rzekła Berwińska.
— Bajesz! — zaśmiał się Sylwester. — Obiorą cię prezesem, palniesz mówkę, wyściskacie się z Czechami. Kapitalna okazya! Ja-bym na ten