Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Namawiali mnie na Modrzejowską, alem odpowiedziała, że opłakuję Oryża i nie mam towarzystwa.
— Bój się Boga! Gubisz się samochcąc. Taki głupi żart obiegnie jutro całe miasto i wyrośnie na skandal. Połowa uwierzy, że masz romans z Oryżem. Ty nie zdajesz sobie sprawy, na co się narażasz.
— Na co?
— Stracisz wszystkie stosunki. Dom ci każda szanująca się kobieta zamknie.
— Kto naprzykład? Maliccy nie, i Zakliccy téż nie, a o resztę nie dbam: nudzą mnie, to i owszem. Zawiele miałam stosunków, to mi zajmuje czas. Mało czytam i studyuję. Więc mi nawet dogodzą swym ostracyzmem.
Ruszyła ramionami, ale widząc prawie rozpacz na twarzy siostry, dodała już poważnie:
— Moja Maryniu! Czego ty się alterujesz? Byłam zanadto lubiona, chwalona i pieszczona. Teraz przyjdzie reakcya. To zwykła rzecz i cieszę się, że mnie znajdzie dojrzałą. Gdybym się czuła winną, cierpiałabym nieznośnie; gdybym była panną na wydaniu lub mężatką, strzegłabym się cienia nawet, bojąc się skompromitować swój los lub rodzinę. Ależ mnie co może oszczerstwo odebrać! Ani zbawienia, ani szacunku tych, co mnie dobrze znają, ani talentu, ani stanowiska. Tłumu nie potrzebuję, próżną