Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Da sobie sama radę!
Magda słyszała gwar w sieni i poznała głos Filipa. Bywają takie szczególne przeczucia, jakby sygnały niebezpieczeństwa. Serce jéj zaczęło bić i nieokreślony niepokój ogarnął duszę. Chciała odzyskać panowanie nad sobą i czytała daléj; gdy wszedł, nie podniosła oczu, czekając powitania. Ale on ani witał, ani odzywał się: przyszedł do kanapki i u jéj nóg usiadł z głębokiem westchnieniem.
— Co ci? — spytała, bezwiednie kładąc dłoń na głowie.
— O, Psyche, ulituj się nad moją duszą! — jęknął, patrząc na nią mgławo. — Jestem tak bezbrzeżnie nieszczęśliwy — tak sam, tak biedny! Żyć nie mogę, nie chcę. Nie daj mi śmierci sobie uczynić. Broń mnie przed samym sobą!
— Biedaku mój, rozumiem, jak ci źle. Cóż — wszystko stracone?
— Wszystko. Podeptała mnie jak zielsko, a jam ją tak kochał! Teraz wśród tych zgliszcz pożar we mnie dogasa, strawiwszy do cna. Chciałem zrobić koniec, alem ciebie wspomniał, i przyszedłem błagać ratunku. Weź mnie, niech mam obronę i choć jedną duszę życzliwą, swoją.
— Masz, bracie, nigdym cię nie odstąpiła. Cóż chcesz, abym ci uczyniła?
— Bądź moją. Ja muszę tę myśl, to uczucie mieć w sobie, ja muszę dla kogoś żyć — to prze-