Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wędrówkę na Via Appia. Po drodze powiada: Dziwny sen miałem. Widziałem siebie rannym i chorym a przez pustynię ku mnie ty szłaś, niosąc mi wodę i lampkę zapaloną, a choć to ty byłaś, jednak miałaś u ramion skrzydła jak Psyche, a nad głową półksiężyc Diany. Wydałaś mi się nad wyraz piękną i uroczą. Wypiłem wodę i poczułem się zdrów; wstałem, a tyś szła przodem, lampkę dłonią przysłaniając, aby mi świeciła na ścieżce. I przyszliśmy do ściany, na któréj stały jakieś litery, niby na sarkofagu. I tyś mi je lampką oświeciła i czytałem:
„Trzymaj skarb, bo on twą mocą.“
Popatrzyliśmy na siebie, inaczéj niż dotychczas, i szliśmy daléj w milczeniu. Wreszcie on powiada:
— Obudziłem się, i serce mi biło do ciebie. I bije dotąd, spróbuj!
Alem nagle poczuła, że tego uczynić nie powinnam, więc potrząsnęłam głową.
Nie nalegał i rzekł poważnie:
— Jestem pewny, żeś mi przeznaczona na talizman! Bądźże mi łaskawą, o Psyche! Chciałbym wiedzieć twe myśli w tej chwili.
— Myślę — odparłam — że jeśli mnie pokochasz, to muszę ci odpłacić całém życiem.
— To weź moje życie: niech nas nic nie dzieli. Pójdziemy zawsze razem! Ja cię kocham.
To wyznanie napełniło mnie wielką powagą. Dotychczas on mnie traktował, jak niedorostka.