Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja do Magdy! — odparł spokojnie, ale stanowczo.
— Marsz do redakcyi przedewszystkiem, żeby mi ten paszkwil odwołano!
— Przepraszam, stryjenko, cóż to za paszkwil? Nie jestem zbrodniarzem, ani fałszerzem, ani nie popełniam bigamii. Wolno mi żenić się, jak każdemu innemu.
— Nie wolno! — ja ci powiadam! — Nie jesteś wart żadnéj uczciwéj dziewczyny. Masz tu lustro, może się przejrzysz! Wyglądasz odrazu jak zbrodzień, i fałszerz, i bigam! Magda nie ma czasu i ochoty gadać z takim urwiszem!
— Jak mi to sama powie, wtedy odejdę. Tymczasem mam do niéj interes i widzieć się muszę. A stryjenka niech mi nie wymyśla. Jestem niezdrów i bardzo słaby, krzyk słyszę jak szum wody w uszach topielca — i tyleż skutku. Proszę mnie puścić do Magdy: muszę z nią pomówić.
Podniósł oczy po raz pierwszy, i musiało być coś bardzo wymownego w tém spojrzeniu, bo Osiecka odstąpiła ode drzwi i rzekła innym tonem:
— Ano — to idź zresztą, ale odwołać musisz. Ja cię dopilnuję — bądź pewny!
Filip, jak automat, zdjął futro i poszedł przez salon do pracowni. Majorowa chwilę się wahała, czy iść za nim, ale się rozmyśliła i mruknęła, wracając do swego pokoju: