Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


daléj po nową, a ty, biedaku artysto, zostaniesz bez duszy. Nie marszcz się i nie uśmiechaj pogardliwie! Ja wiem, że w to nie wierzysz i nie cofniesz się. Przeznaczenia nie zmienić! Pierwszy i ostatni raz mówię ci o tém. Odtąd będę cię słuchała, cieszyła się z tobą i bolała z tobą, i będę, o ile w mojéj mocy, duszy twojéj strzegła.
Umilkła i niespokojnie śledziła ruchliwą jego twarz. Wszystkie wrażenia po niéj przeszły: i lekceważenia, i gniewu, i obrazy, i niechęci. Wstała tedy i, zbliżywszy się do niego, położyła mu ręce na ramionach.
— Słuchaj-no, nie chcesz mi być bratem? — spytała, patrząc mu jasno w oczy.
— Jesteś uprzedzona i niechętna! — mruknął.
— Bynajmniéj, tylko cię kocham serdecznie!
— Więc pocóż tak przyjmujesz moje zwierzenia? To pierwszy dyssonans w mojéj pieśni... i to od ciebie!
Zaśmiała się po swojemu już znowu.
— A bo popsułeś mi swój obraz. Myślałam, że ze swoich podróży przywieziesz jaką zdobycz egzotyczną, a ty mi, jak każdy filister, przywozisz baronową, w któréj się kocha pół Krakowa. Musiałam cię za ten zawód zwymyślać.
Filip się uśmiechnął, już ułagodzony.
— Aleś się wygadała, jak sam arcykapłan sztuki! Ja cię jednak do baronowéj przekonam.
— Ale i owszem. Gotowam na rynku swoje