Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zdania odwołać, byle ci z nią było dobrze. Czyś był już w swojéj pracowni? Gdzie mieszkasz?
— W hotelu. Roztasowałem się tam na stałe, bo nie wiem, jak długo zabawię.
— Znowu w świat ruszasz?
Filip rozkosznie się uśmiechnął.
— Za nią — szepnął, wstając i wpatrując się w portret.
— Zrób mi drugi taki! — rzekł.
— Oho! nic z tego! Możesz się sam pofatygować — odparła wesoło.
Zamyślił się i głową potrząsnął:
— Szkoda czasu, i możebym już nie potrafił.
— No, przecież musiałeś trochę studyować w podróży?
— Nie. Kupowałem fotografie.
Pokręciła głową markotnie, ale przemogła przykrość i rzekła wesoło:
— Ostrzegam cię, nie chwal się z tego przed Marynią, bo się zmartwi. Słyszysz? ktoś dzwoni. Idź, otwórz swojéj bogini.
Filip poskoczył do drzwi. Magda chwilę stała zamyślona, ze zwieszoną głową, jakby bardzo zmęczona, potem przesunęła ręką po czole i oczach i rzekła półgłosem:
— Ano, spodziewałam się tego. Przyszło, przejdzie.
Wróciła do stalug i, zabierając się do roboty, dodała: